mamprawodozieleni. Obsługiwane przez usługę Blogger.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialog społeczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialog społeczny. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 czerwca 2010

Dialog czy monolog?

W świetle ostatnich wydarzeń związanych z zagrożeniem powodziowym, za które pani Prezydent Gronkiewicz –Waltz publicznie obwinia tzw. „ekologów”, oraz licznych eskalujących konfliktów dotyczących ochrony środowiska na terenie Warszawy, może warto zadać sobie pytanie kim są ci mistyczni „ekolodzy”. Szczerze mówiąc nie znam dokładnej odpowiedzi na to pytanie, ale wiem na pewno, że są grupy interesu, które chcą ośmieszyć i zdeprecjonować tą część społeczeństwa, której nie imponuje wyłącznie beton, metal i szkło, taką, której sprawia przyjemność spędzanie wolnego czasu wśród zieleni i śpiewu ptaków.

Teoretycznie Konstytucja głosi, że ochrona środowiska jest obowiązkiem każdego obywatela, a władz publicznych w szczególności, ale kto by tam się przejmował Konstytucją i ile procent decydentów ją w ogóle przeczytało? Zresztą może te zapisy ustanowiono wtedy, kiedy nie wiedziano jeszcze, że kwestię „ekologii” można w prosty sposób odfajkować używając mebli z wikliny i preferując stroje w kolorach khaki. Może nie było wtedy jeszcze ogólnie wiadomo, iż rodzime gatunki drzew to pospolite „samosiewy”, których należy się bezwzględnie pozbywać i nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, prosty jak budowa cepa, że wystrzelanie bobrów raz na zawsze uchroni nasz kraj przed widmem powodzi.

Usłyszałam jakiś czas temu, jak jedna z pań radnych Warszawy wygłosiła pogląd, iż plan ochrony jednego z rezerwatów „zagraża urbanizacji w mieście”. Należy się więc chyba zastanowić, czy miasta są po to by „rozwijać urbanizację” czy może mają być dogodnym miejscem życia dla ludzi? Czy środowisko zurbanizowane jest w ogóle dogodne dla życia dla ludzi i zwierząt? Niestety, badanie prowadzone w całym świecie wskazują jednoznacznie że nie – klimat panujący na terenach miast jest bardziej suchy niż na ich obrzeżach, temperatury powietrza są znacząco wyższe, intensywny ruch samochodowy, fabryki oraz niektóre sposoby ogrzewania domów generują zanieczyszczenia powietrza, wód i gleb. Problemem jest także hałas miejski i wysokie zagęszczenia ludności, które wpływają na poziom stresu mieszkańców metropolii. Jednym z czynników łagodzących te niekorzystne zjawiska jest miejska zieleń i zbiorniki wodne. Drzewa produkują tlen, wchłaniają zanieczyszczenia miejskie (przez co zresztą same chorują), wpływają na obniżenie temperatury powietrza oraz większą jego wilgotność. Naturalne tereny zieleni tworzą kliny przewietrzające dla miasta i spowalniają tempo przepływu wody po ulewnych deszczach, przez co zmniejszają ryzyko powodzi i podtopień. Wreszcie wśród zieleni większość warszawiaków najchętniej spędza czas wolny i relaksuje się. Wielu z Państwa powie, że doskonale wie to wszystko. I w tym właśnie problem – my, Warszawiacy to wszystko wiemy. Myślę, że urzędnicy także to wiedzą. Jeszcze niedawno władze Warszawy szczyciły się naszymi licznymi terenami zieleni. Powstał m.in. przepiękny album „Zakochaj się w Warszawie” poświęcony w całości warszawskim terenom przyrodniczo cennym, a wydanym przez Biuro Ochrony Środowiska m. s.t. Warszawy. Ratusz chwali się w nim urokliwymi terenami zieleni, cennymi gatunkami roślin i zwierząt występującymi na terenie naszego Miasta. Dlaczego więc drzew wciąż ubywa w zastraszającym tempie, dlaczego nie brane są pod uwagę opinie mieszkańców miasta, którzy np. nie chcą się latem smażyć na betonowej patelni?

Niedawno szukałam w Internecie artykułów prasowych, dotyczących konfliktów między mieszkańcami a władzami miasta w ciągu ostatnich czterech lat. Olbrzymią większość tych spraw mieszkańcy przegrali. Zakładali stowarzyszenia, organizowali pikiety, wszystko na nic. Miasto przeważnie twardo realizowało swoje plany. Teoretycznie urzędy powinny działać w interesie publicznym. Czyj interes naprawdę reprezentują, trudno powiedzieć... Niektórzy twierdzą, że wycinki drzew i modernizacje terenów zieleni to bardzo dobrze płatne usługi.

Przykłady konfliktów w mieście na tle ochrony przyrody można mnożyć. W ostatnich miesiącach mieszkańcy Warszawy połączyli swoje siły w walce o uratowanie cennego rezerwatu ptasiego i miejsca wypoczynku Warszawiaków - Jeziorka Czerniakowskiego. Po jednej stronie stanęły tysiące warszawiaków, 20 organizacji ekologicznych, Radni Mokotowa oraz lokalne wspólnoty mieszkaniowe. Starania tych wszystkich grup poparli opozycyjni radni Rady Warszawy. Okazało się, iż protesty tak wielu grup społecznych nie są w stanie wzruszyć ani Prezydenta Miasta, ani Wojewodę Mazowieckiego ani Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Warszawie. Ważniejszy, nie po raz po raz pierwszy, okazał się jednostkowy interes inwestora. Utrudniano i wciąż utrudnia się społeczeństwu dostęp do dokumentów w sprawie, bycie stroną w postępowaniu, po kilka miesięcy nie odpowiada się na pisma. W czasie sesji nadzwyczajnej poświęconej planowi ochrony rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie Platforma Obywatelska z podziwu godnym zaangażowaniem i determinacją roztaczała wizje „Armagedonu”, jaki rzekomo będzie udziałem Warszawy, po wprowadzeniu tego planu ochrony: „nic już się nie zbuduje”, „nie zostanie uchwalony żaden plan miejscowy” itd. Ponieważ oglądałam film dokumentalny „Władcy marionetek” wiem, że zastraszanie to jedna z najlepszych taktyk politycznych. Okazało się że nie wszyscy radni wiedzą w jakiej dzielnicy położony jest rzeczony rezerwat, a jeden z dyrektorów Ratusza myślał nawet, że chodzi o jakiś „ogródek czerniakowski”. Dlaczego koalicji tak zależy na tym, żeby nie ochronić Jeziorka Czerniakowskiego?

Nie mam sympatii politycznych, ale wśród koalicji rządzącej wzbudzam dużą niechęć, czego niektórzy radni dali wyraz w czasie jednej z ostatnich sesji Rady Ursynowa. Widać, iż żeby być aktywnym społecznikiem w tym mieście trzeba nie dać się zastraszyć i mieć bardzo grubą skórę.

Mieszkam na Ursynowie od końca lat siedemdziesiątych. W międzyczasie przeprowadziłam się na kilka lat, ale wróciłam, bo to moja dzielnica, tu się wychowałam i tu czuję się najlepiej. Obecnie nie mogę patrzeć, jak bez zaangażowania i empatii Ursynów zarządzany jest przez osobę, które nawet tu nie mieszka i pochodzi z Krakowa, a która posadę zawdzięcza jedynie stanowisku w partii. Osobę, która w ramach „obowiązków służbowych” pisze na policję pismo skierowane przeciwko członkom ursynowskiego stowarzyszenia, pismo nie poparte żadnymi dowodami. Okazuje się też, iż według zarządu ostatnie podtopienia na Usynowa mają jakiś tajemniczy związek z próbami ochrony płazów i gadów w tej dzielnicy. Ktoś mądry powiedział „specjalista zna co najwyżej kilka rozwiązań danego problemu, a laik nieskończenie wiele”. Ponieważ mam nieszczęście być specjalistą, niestety nie starcza mi wyobraźni by odkryć pewne proste zależności oczywiste dla niektórych np. „nie dokończyliśmy parku z alejkami przy zbiorniku Moczydło 2 i proszę – są podtopienia w okolicach jeziora Zgorzała”. 

Obserwuję pracę samorządu od kilku lat i uważam, że największe zło tego miasta to partyjność radnych. Efekty są takie same i na sesjach Rady Warszawy i Rad Dzielnic. Interesy mieszkańców są spychane na margines. Liczy się interes partii, a partia jest duża i ma zapewne dużo interesów, niekoniecznie zbieżnych z lokalnymi problemami mieszkańców. Ci ostatni nie przejmują się zresztą detalami ustroju miasta, dopóki okoliczności nie zmuszą ich by szukać wsparcia w strukturach samorządowych. Wtedy odczuwają zaskoczenie, a potem wszechogarniającą bezradność.

Drugi problem to niekompetencja urzędników. Są urzędy kierowane od lat przez decydentów „p.o.” Dlaczego? Żeby uniknąć konkursów? W myśl zasady „mierny ale wierny”? Płacimy za to my wszyscy i to we wszystkich aspektach życia stolicy, nie tylko związanych ze środowiskiem, w którym żyjemy. Jako organizacje ekologiczne staramy się nie tylko krytykować, ale także prowadzić dialog z Miastem, choć na razie brak jakichkolwiek wymiernych efektów. Według niektórych problemem może być m.in. zbyt wysoki poziom merytoryczny członków naszej Komisji (ekspertów z różnych dziedzin), który odstrasza urzędników.

Ale powróćmy do Dzielnicy Ursynów i ochrony środowiska. Zarząd działa tu jak producent, który w reklamach zachwala wyjątkowo drogi produkt jako „najtańszy na rynku”. Zachwala tak bardzo, że możemy co najwyżej uznać, że cena jest całkiem przeciętna. Budowa parku przy ul. Stryjeńskich nad zbiornikiem Moczydło 3 uzyskała dofinansowanie z GFOŚ i WG w ramach „ochrony rzekotki drzewnej” w kwocie 2 milionów zł. Kiedy wykazaliśmy na jednej z sesji rady dzielnicy Ursynów, że projekt zagospodarowania terenu nie ma nic wspólnego z ochroną gatunkową płazów, przedstawiciel zarządu dzielnicy odparł cynicznie ze to taki „chwyt reklamowy, promocja rzekotek”. Ostatecznie po protestach TOH Tryton zrealizowano nie konsultowany z nami projekt, który zarówno pozbawił byłego burmistrza Ursynowa kawiarni pod blokiem, jak i nie uratował stanowiska rzekotek drzewnych. Jeden z kilku przykładów na bezcelowość prób współpracy z Zarządem Dzielnicy Ursynów, przy aktualnym składzie personalnym.

W ostatnim czasie na podobnej zasadzie Dzielnica Ursynów chwali się budową parku rozrywki „Przy Bażantarni”. Z opisów w prasie można odnieść wrażenie, że liczba drzew w wyniku prac się wręcz zwiększy. W rzeczywistości przeprowadzono już w ramach 1 etapu budowy wycinkę około 250 drzew, a teraz w ramach pieniędzy, które powinny być przeznaczone ochronę środowiska, planowane jest wycięcie co najmniej 100 (może i 200-tu) kolejnych. Teren zielony Przy Bażantarni to środowisko życia wielu podlegających ochronie gatunków zwierząt: ptaków śpiewających, bażantów, lisów, jeży, ryjówek, nornic, lisów, kumaków nizinnych, żab moczarowych, ropuch czy rzekotek drzewnych. Plany Dzielnicy Ursynów to zwykła radykalna dewastacja przyrody połączona z zabijaniem zwierząt.

Im więcej urzędników dzielnicy Ursynów jest wzywanych na przesłuchania w ramach śledztwa prokuratorskiego w sprawie zniszczenia Rzekotkowego Stawu, tym bardziej zarząd poprawia sobie wizerunek organizując konkursy na nazwę nowego parku lub konferencję prasową dotyczącą ochrony gatunkowej jerzyków. Ale co zarząd w praktyce zrobił dla ochrony przyrody? Dlaczego mimo obietnic i jasnych stanowisk Rady Ursynowa i Rady Miasta w tej sprawie, nie naprawił w 2009 roku spowodowanych przez siebie zniszczeń zbiornika Moczydła 2 na obrzeżach Lasu Kabackiego i 400 tysięcy zł wróciło z powrotem do budżetu Miasta?

Warto też zadać sobie pytanie: Dlaczego parki na Ursynowie nie są budowane w miejscach, gdzie nie ma drzew, np. przy Kopie Cwila ?
Czyżby nie mieszkał tam żaden wpływowy prominent ?
Od 20 lat społeczeństwo walczy także o zachowanie unikalnego na Mazowszu polodowcowego wytworu -Jeziorka Imielińskiego. To ostatni moment żeby zatrzymać jego zabudowę i nieodwracalną degradację.

Zachęcam Państwa, zwłaszcza w roku wyborów samorządowych, do aktywnego przyglądania się pracy radnych, zarówno miasta jak i dzielnicy. Sesje Rady Miasta można oglądać za pośrednictwem internetu. Podobnie powinno być z obradami Rady Ursynowa. Dowiedzmy się, jacy ludzie wpływają na jakość naszego życia i nie dajmy się zwieść propagandzie. Nie wierzmy w żadne „nie ma pieniędzy” i „prawo na to nie pozwala”.

Joanna Mazgajska
prezes Towarzystwa Ochrony Herpetofauny Tryton;
biolog, herpetolog, autorka książki „Płazy Świata"
przewodnicząca Komisji Dialogu Społecznego ds. Środowiska Przyrodniczego przy Biurze Ochrony Środowiska
m.st. Warszawy;

poniedziałek, 7 czerwca 2010

List Hanny Gill-Piątek do pana Marcina Wojdata, dyrektora Centrum Komunikacji Społecznej w Warszawie

Witam,

Piszę do Pana w związku z wczorajszym wystąpieniem na konferencji pt. „Konsultacje społeczno-ekologiczne wokół inwestycji infrastrukturalnych”. To bardzo miłe, że Warszawa chwali się światu swoim otwarciem na dialog społeczny. Chciałabym jednak, żeby w miarę możliwości były to informacje pełne, a co za tym idzie - prawdziwe.

Owszem, powstały KDS-y, zakładka na stronie urzędu i nastąpiło pewne otwarcie na organizacje chcące współpracować z Urzędem. Nie mogę zaprzeczyć, iż w ostatnich latach Warszawa poczyniła kilka milowych kroków w otwarciu na dialog społeczny. Szkoda tylko, że jest to dialog dotyczący spraw oczywistych i niekontrowersyjnych jak wywóz śmieci czy poziom hałasu. Jednak w dziedzinie konfliktogennych inwestycji infrastrukturalnych, których przecież dotyczyła wczorajsza konferencja, głos mieszkańców i mieszkanek Warszawy nadal jest konsekwentnie pomijany.

Od ponad pięciu lat obserwuję, w jaki sposób władze Warszawy ignorują głos własnego społeczeństwa w licznych konfliktach. Rozbudowa Kompostowni Radiowo, budowa spalarni na Czajce, budowa tras szybkiego ruchu będących de facto jedynymi łącznikami tranzytowych autostrad przez gęsto zaludnione osiedla Ursynowa, Wawra, Wesołej, Bielan, Bemowa, Ursusa, Włoch czy Żoliborza oraz przez teren Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, ostatnio prywatyzacja i intensywna zabudowa części rezerwatu Jeziorka Czerniakowskiego, która stała się symbolem spolegliwości ratusza wobec coraz pazerniejszego zawłaszczania przez developerów wspólnych terenów zielonych - to jedne z czołowych przykładów, w których dialog społeczny nie nastąpił w ogóle albo stał się kompletną farsą.

Z mojego doświadczenia wynika, że społeczności szukające pomocy w teoretycznie wyznaczonych do tego jednostkach urzędu m. st. Warszawy są po prostu ignorowane. Stąd być może Pana dobre samopoczucie i przeświadczenie, że w dziedzinie konsultacji urząd robi wszystko jak trzeba. Nie jest to prawdą. Poszczególne biura, do których mieszkańcy kierują swoje uwagi w konfliktowych sprawach, w odpowiedziach posługują sie metodą faktów dokonanych (tak będzie, bo tak postanowiono) lub - częściej - nie udzielają odpowiedzi w ogóle. Przedstawiciele "trudniejszych" KDSów mają podobne doświadczenia, są traktowani jako niewygodny balast (pogadajcie sobie, my i tak zrobimy jak chcemy) lub po prostu ignorowani. Ostatecznie na bój z maluczkimi wysyła się ekspertów: architektów, drogowców, inżynierów środowiska, którzy legitymizują przemocowy dyskurs (o ile wcześniej nie uśpią publiczności).

Podejście do partycypacji społecznej bardzo dobrze ilustruje przykład, kiedy mieszkańcy i mieszkanki Warszawy na wczesnym etapie planowania wnosili uwagi do studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego w 2006 r. Nie przyjęto wtedy 272 prawidłowych formalnie uwag dotyczących lokalizacji tras ekspresowych uzasadniając, że są podobnej treści (sic!) [autorem tego zdania był M. Reksnis, Biuro Drogownictwa i Komunikacji]. Resztę uwag na ten temat do studium odrzucono motywując, że to inwestycja rządowa a nie miejska. Tymczasem na wielu spotkaniach urzędnicy GDDKiA jednoznacznie stwierdzali, że to miasto wyznacza konkretne rezerwy tras za pomocą studium i ma głos decydujący jeśli chodzi o infrastrukturę komunikacyjną na swoim terenie. Nagminną praktyką urzędników ratusza i urzędów dzielnic jest również pozorne informowanie o konsultacjach poprzez wywieszenie kartki formatu A5 w końcu korytarza urzędu lub umieszczenie niewielkiej notki w otchłaniach urzędowego bip-u. Formalnie spełnia się w ten sposób wymóg informowania o konsultacjach, faktycznie wyklucza się z procesów decyzyjnych potencjalnych trudnych interesariuszy.

Jako obywatelki i obywatele mamy prawo do realnego współdecydowania o kształcie swojego środowiska. Nie zastąpią go miłe pogaduszki o kolorze stołecznych klombów, sprzedawane potem jako osiągnięcia miasta na polu konsultacji społecznych. W wielu miejscach Warszawy toczą się prawdziwe konflikty, które wymagają realnej pomocy stołecznych władz. Proszę Pana o tę pomoc. Dysponuje Pan wiedzą i środkami, żeby wysłać tam mediatorów, zorganizować spotkania i okrągłe stoły. W Pana rękach leży szansa na odbudowanie zaufania społecznego w dzielnicach, gdzie konflikty zdegradowały sąsiedzkie więzi, poróżniły osiedla, zagroziły przyrodzie. Jest jeszcze szansa, żeby nadrobić to, co przez zaniechanie zniszczył OKiDS - szansę na prawdziwy, szczery dialog.

Hanna Gill-Piątek
współzałożycielka Stowarzyszenia "Chomiczówka Przeciw Degradacji",
współorganizatorka "Ogólnowarszawskiego Ruchu na Rzecz Obwodnicy Pozamiejskiej",
współtwórczyni Otwartego Forum Dostępu do Książki http://otwartabiblioteka.pl/,
członkini łódzkiego koła Krytyki Politycznej,
sekretarz Zarządu Krajowego i członkini Rady Krajowej w Partii Zieloni 2004.